Zarząd Dróg Wojewódzich w Krakowie, ul.Głowackiego 56, 30-085 Kraków
A A A

UWAGA - Droga wojewódzka nr 968 na odcinku  060 km 10+200 (m. Lubomierz)  - odc. 070 km 3+200 most (m. Kamienica) przywrócona przejezdność dla pojazdów do 15 ton. 

kliknij aby zobaczyć szczegóły

Z Grzesiem znaliśmy się prawie 25 lat, nie tylko służbowo. Poznaliśmy się jednak na gruncie służbowym - ja pracowałem w GDDKiA, a Grzesiek w Rejonie Dróg Publicznych. To były początki jego kariery, ale już wtedy był człowiekiem, który szukał nowości, rozwiązań przyszłościowych. To nas połączyło. Wprowadzaliśmy wspólnie pierwsze w Polsce stalowe przepusty mostowe. U nas wtedy nikt nie produkował takich elementów, trzeba było zdobywać kontakty za granicą. Pojechaliśmy razem oglądać jak Słowacy sobie z tym radzą, a później przenosiliśmy rozwiązania na nasz grunt. Mimo, że później konkurowaliśmy w pracy, często wracaliśmy wspomnieniami do tamtych czasów i wspólnych wyjazdów.

W mojej pamięci Grzegorz pozostanie jako człowiek niezwykle życzliwy ludziom. Pomagał innym, na przykład gdy zepsuł mi się samochód, zawiózł mnie wraz z rodziną na wakacje swoim autem. Nie przypominam sobie takiej sytuacji, żeby się do kogoś odniósł wrogo. Nawet w pracy, gdzie dyrektor czasami musi kogoś zwolnić. Grzesiek dbał o swoich ludzi i starał się działać tak, żeby nie stała im się krzywda. To rzadko spotykana cecha w dzisiejszych czasach. Może dlatego nie usłyszałem nigdy złej oceny Grześka jako dyrektora i myślę, że jest to ewenement.

Nie zawsze wszystkim podobało się to, co robił w pracy, bo ciągle szukał nowych rozwiązań. Jednak zwykle przynosiło to efekty. Był konsekwentny i skuteczny. Miał ogromne ambicje zawodowe, czasem nawet wydawało mi się, że nawet zbyt duże, ale to była dla niego siła napędowa. Dziś w Małopolsce jest wiele takich miejsc, które będą mi się kojarzyć z Grześkiem. Pierwsza na myśl przychodzi mi obwodnica Dobczyc. Praca była jego motorem i pasją. Nawet w czasach, gdy był już chory, po badaniach, wracał jeszcze do biura. Mimo nierównej walki ze śmiertelną chorobą, nigdy nie słyszałem, żeby narzekał. Taki był. I nie poddał się do samego końca.

Pamiętam też Grzesia z czasu, kiedy już był chory. Od początku walczył z całych sił. Przez długi czas w ogóle nie było po nim widać, że zmaga się z ciężką chorobą. Spotykaliśmy się jak zawsze, nie stracił poczucia humoru,  fizycznie i psychicznie wydawał się być w dobrej kondycji.  Tak jak on byłem dobrej myśli, że wyjdzie z tego. Kiedy byłem u niego kilka razy w tym ostatnim okresie, już było widać, że jest zmęczony nierówną walką, a mimo tego co nadal było widać, że praca była jego motorem napędowym. Wiele razy mówił, że po badaniach musi jeszcze wrócić do pracy – to była jego prawdziwa pasja. W marcu tego roku obaj odbieraliśmy nagrody Pontifex Cracoviensis – ja dla Budowniczego Roku, on za całokształt pracy. Grzesia wtedy już reprezentowała żona.  Zapadł mi w pamięć list, który odczytała, z podziękowaniami dla ludzi, którzy go otaczali, od których się uczył i z którymi się stykał. Ale mimo tych trudnych ostatnich miesięcy nigdy nie słyszałem, żeby narzekał. I nie poddał się do samego końca.